wtorek, 3 listopada 2015

SZEŚĆ CÓREK- Małgorzata Szyszko- Kondej

Nie mogłam wybrać lepszej lektury na przełom października i listopada. Sama zrozumiesz.

Sześć kobiet -najstarsza ma lat 60 , najmłodsza 19. Nigdy wcześniej się nie spotkały, niektóre wiedzą o istnieniu innych , jednak żadna o wszystkich. Mieszkają w różnych miejscach i losy ich są zupełnie odmienne – jest wśród nich i kura domowa, i homo- korporatus  od PR-u poczytnego czasopisma, ofiara przemocy domowej, zbuntowana nastolatka czy wrażliwa poetka , emigrantka próbująca wiązać koniec z końcem i absolwentka liceum – na zakręcie. Wychowywały się bez ojca, niekiedy i bez przyjaciół , ocierały o różne momenty przełomowe naszej historii – od zmagania się z duchem PRL, rozczarowania sierpniem ’80, walki o smoleński krzyż….
Każda dostaje krótki ,imienny list. Kochana córeczko…itp. Itp. Itp. I zadanie do wykonania. Do listu doczepiona karteczka z datą i miejscem pogrzebu. Podpisano – Tatuś. Ironia? Sarkazm? Chichot losu?
Krótka retrospekcja- historia romansu? Miłości? Na styku przecięcia się historii  ich matek i drogi życia charyzmatycznego i rzutkiego stomatologa Wiktora Krasowskiego. Pół wieku historii historii Polski w tle.

Czy czyjaś nieobecność może bardziej naznaczyć nasze życie niż codzienne wspólne wypijanie herbaty?
Czy osoba , której praktycznie nie znamy lub mamy mgliste wspomnienie z dziecięcego spaceru może poznać nasz najważniejszy rys charakteru? Czy jedną prośbą  może pchnąć nas na odmienne tory  ? i wreszcie – co jest najważniejszym skarbem w drodze każdego z nas i co powinniśmy ocalić? Chronić?

Jak silne są więzy krwi i czy córki będą potrafiły stworzyć z niego kotwicę w swoim życiu i źródło siły – dowiesz się jak przeczytasz. Powiem tylko ,że z ogromną przyjemnością przeżyłam tę książkę wraz z bohaterkami. Idealna na czas wspominkowo-jesiennej zadumy nad sensem nie tylko życia i śmierci ale i poświęcania się w imię idei, w imię dobra dzieci , w imię czegokolwiek.

Daje dystans. Lekkie pióro , fajna fabuła, dla mnie w punkt 

niedziela, 18 października 2015

ŚWIAT RÓWNOLEGŁY- Tomek Michniewicz


To nie jest recenzja. I nie jestem podróżnikiem. Nie marzę o wyprawach w nieznane krainy i o „odkrywaniu” dziewiczych lądów. Wychowana jestem wprawdzie na Alfredzie Szklarskim( przecież on nigdy nie podróżował) , potem klasycznie Arkady Fiedler czy Pałkiewicz… Ale książki Tomka Michniewicza od samego początku należą do tych , na które czekam, których łaknę i które nie zostawiają mnie obojętną.

Kolejny raz dane mi było spotkać się z Tomkiem w klubie NAMASTE w Katowicach. Byłam już w środku książki i moje odczucia były takie lekko gorzkie. Pomyślałam, że Tomek powoli zaczyna być lekko wypalony, zmęczony podróżami , rozczarowany tym, co spotyka w drodze i trochę bezsilnością wobec powszechnie panującej obłudy .

Jeśli będziesz miał okazję uczestniczyć w takim spotkaniu – idź. Młody, wysoki , szczupły chłopak z dużym dystansem do siebie , szacunkiem do interlokutora oraz niezwykłym poczuciem humoru opowiada o swoich reporterskich poszukiwaniach w dla nas zaskakujących miejscach. Spotkania w atmosferze jak „ u cioci na imieninach”  -nawet taki mieszczuch jak ja , nie czuje się ignorantem i niepożądanym elementem infrastruktury  ;-).  Było miło, odkrywczo, przyjemnie.

A potem bum.

Książka jak tytułowy „Świat równoległy”. To co przeżyliśmy na spotkaniu , trochę odpowiadające naszym oczekiwaniom i wyobrażeniom o życiu podróżnika– z gorzką prawdą świata za kulisami. Przeżyłam już takie zaskoczenie oglądając programy z Tomkiem , niby byłam przygotowana a tu zaskok. Znowu.

Rozdział po rozdziale przebudowujemy swoje spojrzenie na świat … Pokazuje nam najpierw to, czego my oczekujemy a potem mówi – „patrz, to cepeliada stworzona tylko dla Ciebie, oni to robią, bo ty tego chcesz, nie kupiłabyś  prawdy , pomyśl zanim zapiszesz się na wycieczkę do Egiptu, zanim wrogo spojrzysz na islam, zanim pójdziesz do ZOO czy bezkrytycznie zaakceptujesz rewelacje wojenne redaktora programu informacyjnego- odpowiedz na pytanie - czego na prawdę chcesz ” Nic więcej nie powiem , bo musisz przeczytać by zrozumieć

I ten ostatni rozdział – jak gwóźdź w serce. I moje łzy. Rozczarowanie też sobą -bo człowiek to nie zawsze brzmi dumnie. Powiem nawet – coraz rzadziej brzmi dumnie. Próbuję zrozumieć motywy okrucieństwa i jakoś nie mieści się to w mojej głowie. Ani w sercu. Inne spojrzenie .Świat równoległy.
Ponownie zmuszona jestem przewartościować swoje spojrzenie na świat przez pryzmat białego człowieka z wdrukowaną przez media wizją świata.
Na razie drugi dzień nie mogę wziąć innej książki do ręki.

Jedyne co mogę, to zrobić przelew na IMIRE , rezerwat, który pewnie jeszcze za mojego życia przestanie istnieć…

Polecam więc

niedziela, 11 października 2015

Kochając Pana Danielsa - Brittainy C.Cherry

Ona- dziewiętnastolatka w ostatniej klasie szkoły średniej, rozbita rodzina, matka alkoholiczka do tego białaczka zabiera jej siostrę –bliźniaczkę, starszą o kwadrans lecz w jej odczuciu tą „lepszą”  czyli zabawniejszą, zdolniejszą, bardziej towarzyską.  Fakt ten sprawia ,że musi zamieszkać z ojcem , którego w zasadzie zna wyłącznie z pocztówek urodzinowych otrzymywanych dość nieregularnie oraz jego nową rodziną…

On- świeżo upieczony nauczyciel w tejże szkole średniej, wokalista w zespole muzycznym, w ciągu roku traci matkę – zastrzeloną przez handlarzy narkotyków, ojca – z powodu choroby… sam sprawia ,że jego brat – narkoman i dealer- trafia za kraty… i ten fakt dręczy jego sumienie, pomimo , iż wie ,że zrobił dobrze…

Co ich łączy prócz pokręconych losów i śmierci depczącej po piętach ? Szekspir i miłość. Banalne?

Cóż … też tak myślałam … Momentami ta oczywistość fabuły i ociekający lukier ich wzajemnych relacji przypominający do złudzenia „Zmierzch” lecz bez wampirów , wilkołaków itp. mnie irytował .
Konstrukcja oparta o prowadzenie osoby żywej przez wskazówki w postaci listów  zmarłej – też nie jest niczym nowym.
Owszem, doceniałam pewne zdania –klejnociki, trafność sformułowań , jednak uznałam ,że ściągnięta z półki córki książka – niebawem tam powróci .

Do czasu.

W połowie popłynęłam… Nie powiem  fabuły. Zabiłabym Ci radość czytania choć w zasadzie nie o nią tu chodzi. Bardziej o emocje , mikrosceny i cudne ujęcie w słowa również i moich przeżyć, wspomnień, relacji …

Pierwsze drażliwe uczucia  ruszyła opisując poczucie utraty. Autorka ujęła w słowa to , co sama czułam i co tak trudno przekazać. Po stracie kogoś ciągle słyszymy ,że czas „leczy rany” ,że później jest łatwiej a przecież dla nas  robi się trudniej, i wszystkim , z którymi próbujemy o tym rozmawiać, nasze słowa brzydną bo zostają naznaczeni naszym  smutkiem. W rezultacie zachowujemy się tak, jakby już nas nie bolało – tylko po to  by nikogo więcej nie drażnić swoim żalem. A w środku rośnie kamień. Pierwszy z tych budujących mur. Niekiedy odgradzamy się książkami. Niekiedy uciekamy w muzykę. Na pewno uciekamy trochę z życia.

Kolejne emocje związane są z Miłością . Nie ma drugich szans. Te pierwsze po prostu nigdy nie tracą ważności.

Sprawy nie załatwione – duszą. Fakty , które ignorujemy , nadal pozostają faktami i wrócą ze zdwojoną siłą. Ukrywanie uczuć powoduje destrukcję. Zaprzeczanie prawdzie – poprawia samopoczucie innym tylko pozornie. Niekiedy prowadzi do tragedii.
ALE prawdziwe relacje przetrwają, uczucia znajdą drogę , priorytety przy odrobinie determinacji – zrealizują się. Gdyż może i los sprawia ,że spotykamy na swojej drodze różnych ludzi ale tylko my decydujemy ,czy w tym naszym życiu pozostaną i jaką odegrają rolę.


Jeśli chcesz się otrzeć o Wielką Miłość (  J  ) choćby tylko w książce i  w zimny , jesienny dzień zanurzyć ciepło wielkich uczuć – choćby cudzych J to polecam Ci „Kochając Pana Danielsa” . 

wtorek, 6 października 2015

Cesarzowa wdowa Cixi. Konkubina, która stworzyła współczesne Chiny- Jung Chang

Książka ,która zatrzymała mnie przy sobie na dłużej i to wcale nie z powodu ponad 500 stron zadrukowanych dość drobnym maczkiem.
Jak niezwykłą trzeba być kobietą, by przez pół wieku sprawować faktyczną władzę w państwie tak ogromnym jak Chiny i decydować o losach blisko 400 mln ludzi!

W latach wczesnej młodości, już jako kilkunastolatka dała się poznać w swojej rodzinie jako bardzo przewidująca i świadoma swojej roli dziewczyna. W wieku 16 lat została wybrana na jedną z konkubin nowego władcy. Wcale nie cieszyła się jego specjalnymi względami – była jedną z wielu -jednak szybko zaprzyjaźniła się z żoną cesarza i wraz z nią utworzyły naprawdę dobry i szczery sojusz  zaraz po młodej śmierci Cesarza- w celu prowadzenia Chin w kierunku otwarcia na świat i reform  .

Jak niezwykłą odwagę i inteligencję, przezorność i przenikliwość musiała mieć w sobie ta w sumie jedna z wielu  członkiń haremu cesarskiego – by z determinacją umieć odrzucić wszelkie uprzedzenia i osobiste animozje i  stanąć na czele tak zróżnicowanego i ogromnego państwa !
Zreformowała kraj, otworzyła na kontakty z Europą, Azją i Ameryką, przyjmowała jako pierwsza poselstwa zagraniczne , nawiązała ważne kontakty z żonami dygnitarzy, potrafiła sprawić, by wielcy dyplomaci zagraniczni pracowali na jej korzyść, wprowadziła elektryczność, przeprowadziła pierwszą kolej, telegraf, zreformowała armię, utworzyła flotę i nade wszystko znalazła na to środki! Pozwalała się fotografować i żywo interesowała się sztuką.

Przeprowadziła wiele reform- od takich poważnych jak związanych z finansami kraju i obronnością jak i pozornie bardziej błahych i społecznych ( np. zakazała krępowania nóg chińskim damom ), czy  zabroniła hodowania tzw. psów rękawowych – w których to lubowała się chińska arystokracja.
Otwarła Chiny na świat i nawiązała stosunki dyplomatyczne nawet z królową Wiktorią. Jako pierwsza wysyłała swoje poselstwa do Europy , młodzież kształciła w Europie i Ameryce, Zakładała szkoły – też dla dziewcząt. Przeprowadziła dwa przewroty pałacowe, zdławiła wewnętrzne zamieszki  i prowadziła wojny z największymi potęgami ówczesnego świata  I osiągnęła to wszystko będąc kobietą i oficjalnie nigdy nie będąc głową państwa czyli  Cesarzową.

Umysł tej kobiety mnie zadziwia. Wszelkie własne uprzedzenia potrafiła odsunąć na plan dalszy bo rzeczywiście myślała interesem państwa.
Obecne Chiny jej nie doceniają otaczającą ją czarnym PR-em-  bez niej nigdy nie byłyby tam, gdzie są dzisiaj.

Pochylam z pokorą głowę również przed autorką. Dokonała tytanicznej i mrówczej zarazem  pracy – dotarła do dokumentów zupełnie nieznanych lub niedostępnych, praca dla historyka i archiwisty ogromna. I równocześnie czyta się ją z ogromną przyjemnością i lekkością . Naprawdę  wiele popularnonaukowych prac lub faktografii  przechodzi mi przez ręce i głowę ale tę pozycję polecę z pełną odpowiedzialnością również osobom za stricte źródłową literaturą nie przepadającym.
Takim „języczkiem u wagi” dla mnie jest moja mama – jeśli ona coś czyta z przyjemnością – to znaczy ,że pomimo ,iż to książka historyczna – zdecydowanie strawna i przyjemna dla laika jest też J .

Mnie zachwyca. Każda strona i słowo. I osobowość Cesarzowej Wdowy . Jeśli lubisz nietuzinkowe kobiety w historii – uwierz, ta wysunie się na czoło. Potem długo ,długo nic J

sobota, 26 września 2015



PO PROSTU BĄDŹ Magdalena                                                Witkiewicz

                             Słuchaj Krystyna …i dobrze, że wino i świece i ta cisza w domu. 
Bo mogę sobie chlapnąć i tą łzę uronić. Podsunęłaś mi znowu kawałek mojej historii…
I Krystyna to o tych wagonikach- takie w punkt. Aż boli. I chyba trochę nawet krwawi.
Że niby trzeba pilnować swojego wagonika, bo jak nas minie to już tylko cisza i krzaki J

Bo wiesz, Krystyna , ten pierwszy pociąg to ja pomyliłam z młodości i naiwności , trochę roztargnienia też. Wsiadłam do pierwszej klasy i zrobiła się afera, bo bilet dostałam do drugiej… i ta dopłata bolała.

A ten kolejny pociąg to ze strachu chyba przepuściłam. Schowałam się za filar i że niby to nie ten .
Ale wyobraź sobie ,ten drugi, spóźniony- powrotnym kursem chciał mnie zabrać! No i Krystyna niby znalazłam właściwy bilet i miejsce… ale ktoś tam już poważnie naśmiecił, i to miejsce już jakieś inne było…
 
I widzisz Krystyna , tak to z tymi twoimi książkami jest.
Tak jakbyś mnie kroiła po kawałku i w każdej książce po parę deko wyciągała z zamrażarki i dorzucała. I mam podejrzenia, że jest nas tam więcej. Taka wiedźma z Ciebie i w tym cały Twój talent.

PO PROSTU BĄDŹ – bolało mnie bardzo. Ale wiesz co ? Pierwszy raz dziś od dość dawna obudziłam się z potrzebą zmiany i z siłą, by krok po kroku coś zrobić. I miałam uśmiech na twarzy. I nie trułam się „dworcowymi” wspomnieniami ale pomyślałam o sobie samej.

Czy jako pisarz mogłaś zrobić coś piękniejszego?
Qrde wielkie dzięki Magda za to ,że jesteś. I za każdą popełnioną książkę. I za te, które w przyszłości jeszcze mnie naznacząJ


środa, 19 sierpnia 2015

ROSÓŁ Z KURY DOMOWEJ – Natasza Socha


Nie ukrywam – dla mnie to była lektura wstrząsająca. Spodziewałam się babskiego poczytadełka na jeden letni wieczór- czegoś co mnie na chwilę odmóżdży i rozbawi. Dostałam kawał psychoanalizy sytuacji swojej i przyjaciółek, koleżanek, sąsiadek…

Wiktoria , tytanowa kura domowa – czyli wielofunkcyjny kuchenno-domowo-ogrodowy robot , gdy już zatarła w imię szczęścia małżeńskiego stadła swoje aspiracje zawodowe i osobiste, uszczęśliwiła rodziców stabilnym związkiem małżeńskim, teściów zapewniła ,że jedynym celem jej życia jest zapewnienie zaplecza dla  kariery ich jedynego syna – nagle i znienacka została wymieniona przez małżonka na ambitną, agresywnie egoistyczną i egocentryczną  młodszą koleżankę z pracy . Nawet nie zakwiliła przy informacji ,że sprawiedliwy podział ich dorobku 1:5…  Spakowała swój małżeński dobytek w kilka kartonów i ………zeszła z oczu swojemu małżonkowi, by mógł grzać się w ramionach nowej pani  oraz rodzicom, którzy palpitacjami serca i duszy okupili pierwszy rozwód w rodzinie- czyli co tu kryć, wstyd i poruta towarzyska… Wiktoria uciekła lizać rany psychiczne i fizyczne do swojej ciotki, również wyklętej z rodzinnych układów, do Niemiec.

Gdy odzyskuje wzrok na tyle , by zauważać koło siebie ludzi, jak magnes przywiera do kobiet o podobnych potłuczonych psychikach jak jej własna. I nie ważne czy jesteś Polką czy Niemką – los kur domowych, upupionych pań domu, zamkniętych w czterech ścianach obrączkowanych służących domowych i łóżkowych – jest zawsze taki sam…

Wiktoria przyciąga do siebie trzy podobnie jak ona nieszczęśliwe, choć nie do końca tego świadome, kobiety i razem , w dość kontrowersyjny sposób postanawiają wreszcie coś dla siebie zrobić. Panie, pomimo ,że lepiej wykształcone, zorganizowane, o większych umiejętnościach i wiedzy – poddawane są systematycznemu praniu mózgów przez swoich partnerów życiowych, leczących tym sposobem własne kompleksy i frustracje zawodowe - nie widzą żadnego wyjścia z patowej sytuacji.
Jednak zjednoczenie takich kur domowych , świadomość słabości ale i mocnych stron owocuje niezwykłym przedsięwzięciem – znajdują sposób na przełamanie własnych kompleksów , odzyskanie siły, stabilności i to daje im siłę by znowu zacząć marzyć.

Każda z nas zna taką kurę. Lub nią jest. Lub była przez (oby tylko) moment. Ja byłam. Niewidzialna i perfekcyjna. Dałam sobie radę ale jakaż szkoda, że nie spotkałam na swej drodze takiej Wiktorii, która obudziłaby mnie szybciej.

To książka nie tylko dla kobiet. Radziłabym przeczytać też mężczyznom. Szczególnie jeśli mają przy sobie kobietę. Bo mężczyzna nie zauważa, gdy kobieta staje się niewidzialna, nieszczęśliwa, coraz cichsza… Jeśli w porę to uchwyci – ona mu się odwdzięczy tysiąckrotnie. Gdy na jej delikatne sygnały odpowie jednak „ przesadzasz”, „ nic nie robisz, zmęczony jestem” itp. –powinien zacząć się bać. Nie ma piękniejszego widoku od kury domowej opuszczającej swoją klatkę i rozwijającej skrzydła. Tylko czy ty ją facet jeszcze dogonisz?

Chłopie! Jeśli nadal nie widzisz problemu to pewnego dnia może zaszkodzić ci zupa grzybowa…. ;-)

sobota, 15 sierpnia 2015

Maminsynek – Natasza Socha

Coś w tym jest ,że w momencie , gdy rodzimy dziecko , nasza macica tworzy swoją „wirtualną kopię” tuż obok naszego mózgu w naszej głowie. I niekiedy te dwa organy walcząc o miejsce w czaszce, przygniatają się i macica wygrywa. U niektórych matek na wiele lat. U wyjątkowych egzemplarzy na całe życie J . Każda z nas poznała taką Matkę , która wszędzie węszy zagrożenie dla swojego dziecięcia, ocieka lukrem udzielając rad innym matkom ( gdyż ona WIE lepiej), jadem po oczach uderza w pretendentki do miejsca w sercu swojego dziecięcia …nawet gdy latorośl dobiega czterdziestki. Specyficzną pozycję na liście takich matek zajmują Matki Synów…  I taka jest właśnie ONA – Matka Leandra, bohatera powieści Nataszy Sochy „Maminsynek”
Kobieta –wieleba ( wie wszystko lepiej) , wraz z urodzeniem dziecka i odcina nie pępowinę ale ojca tegoż ( zbędny, zrobił swoje) i postanawia być dla syna tą jedyną – Matką, przyjaciółką, opiekunką, pielęgniarką, sprzątaczką, kucharką, ochroniarzem, partnerką i niedoścignionym ideałem. I odnosi sukces! Żadna potencjalna panna nie doskoczy nawet do fleczka w jej szpilkach gdyż sprawnie i niepostrzeżenie zostaje podstawiona elegancko jej noga i to w taki sposób, że jeszcze przeprasza, iż spadając na ryj i łamiąc sobie nos, zakłóciła ciszę Matki kontemplującej dźwięk bicia serca syna- najważniejszego dźwięku we Wszechświecie.
Książka napisana GENIALNIE. Nie ocieka prześmiewczymi opisami, kpiną , złośliwością. Wnikliwość spojrzenia, uchwycenie problemu znanego generalnie wszystkim ale oswojonego przez dość specyficzne porównania , język wartki , celne uwagi –sprawia ,że śmiejemy się troszkę przez łzy. Opowieści o teściowych –grabarzach małżeńskiego szczęścia , babciach odcinających rodziców od opieki nad dziećmi – to wszystko staje mi przed oczami jako kontynuacja „Maminsynka”
Już wyobrażam sobie Matkę, która po ewentualnej ( bo ciąża nie przesądza przecież konieczność zacieśnienia związku z partnerką) nocy poślubnej Leandra , wkracza do sypialni małżeńskiej i z wyrzutem w oczach skierowanym do synowej a współczuciem skierowanym do syna, głaszcze go po głowie i każe wypocząć po niecnym i morderczym dla jego zdrowia „wykorzystaniu” przez kobietę…
Reasumując – cudna książka na stres, lato , zmęczenie ALE nie tylko . Taka gorzko –słodka prawda o wychowaniu, nadopiekuńczości i niedojrzałości do związku.
Natasza Socha jest świetną pisarką. Język barwny, żywy, precyzyjny ale lekki opisuje bolesne prawdy o które każda z nas się przecież otarła . Gorąco polecam.
Niech zachęci Cię do przeczytania poniższy fragment- mnie zmroził i zahipnotyzował. Książka jest taka cała J

„Matka Leandra wbiła we mnie spojrzenie, aż rozbolała mnie trzustka (...). Wwiercała się tak jeszcze z dziesięć minut, szczegółowo penetrując wszelkie zakątki mojego ciała, które mogłyby zdyskredytować mnie w jej oczach. Nierówne nerki? Koślawe serce? Zbyt zwinięte jelito cienkie? Zrozumiałam, że idealna kobieta, która mogłaby zaopiekować się jej synem, nie istnieje”